Nasze miasto to niesamowite miejsce. Każdego roku miliony turystów odwiedzają Rynek na którym można zobaczyć występy oraz pokazy różnych artystów. Już jakiś czas temu naszą uwagę przykuł najlepszy (naszym zdaniem) iluzjonista z Wrocławia.

Maciej Kulhawik – urodzony w Zielonej Górze zawodowy iluzjonista i showman. Na co dzień oczarowuje publikę z całego kraju swoim niezaprzeczalnym blaskiem. Zapytany o to, dzięki czemu w czasie pokazu udaje mu się tak profesjonalnie zbudować napięcie, odpowiada, iż to zasługa ukończenia Budownictwa na Politechnice Wrocławskiej.

Sponsorowane

Jeśli potrzebujesz odrobiny inspiracji, lubisz ludzi wypełnionych pasją – zachęcamy do przeczytania wywiadu.

Maciej Kulhawik Iluzjonista
fot. Archiwum prywatne

Z iluzjonistą Maciejem Kulhawikiem rozmawia Iga Płóciennik

Iga Płóciennik: Maćku, jaki cel oświeca twoją artystyczną ścieżkę?

Maciej Kulhawik: Parafrazując mojego mentora, Eugena Burgera, należy być dobrze wyedukowanym, by występować dla wyedukowanych, inteligentnych osób. Staram się poszerzać swoje zainteresowania na wszystkie możliwe strony, nie tylko te związane z magią. Chyba dla każdego artysty inspiracje przychodzą, a nawet powinny przychodzić zewsząd. Myślę, że należy wyciągać wnioski z każdego zdarzenia, zawsze dostrzegać jak najwięcej pozytywów, między innymi po to, by następnie móc wykorzystać je we własnej sztuce. Dzięki temu to wszystko jest łatwiejsze, choć nigdy nie jest łatwe. 

Czym różni się dla ciebie pokaz na zamkniętej imprezie od występu dla „przypadkowego przechodnia”?

Zacznijmy od tego, że ja po prostu kocham występować. Im więcej daję z siebie energii w czasie pokazu, tym więcej mam je na te następne. Ulica to najtrudniejsze miejsce do występowania. Nikt nie wybiera się na spacer po wrocławskim Rynku po to, by mnie obejrzeć. Mam swoją walizkę, głośnik i siebie. Sam muszę zadbać o to, by wokół mnie zgromadziły się zupełnie obce osoby, z których każda ma swoje problemy na głowie, swoje sprawy do załatwienia, idzie na piwo, do kina, wraca głodna z pracy. Muszę ich zainteresować sobą, zaciekawić i zebrać w ładną publiczność, ponieważ bez nich to show nie istnieje. To właśnie moi widzowie, skupiając się wokół mnie i tworząc integralną całość, dają mi poczucie bycia na scenie. To jest właśnie największa magia, kiedy sto, dwieście, może nawet trzysta przypadkowych osób zatrzymuje się koło mnie i zostaje na dłużej, choć nikt nikogo nie trzyma na siłę. 

fot. Archiwum prywatne

Jak często można cię spotkać na wrocławskim Rynku? 

W czasie letnim dość często. Pokazów na ulicy przez ostatnie trzy lata zrobiłem ponad tysiąc. Każdy z nich zajmuje ważne miejsce w mojej pamięci, bo na swój sposób każdy z nich jest wyjątkowy. Te występy trwają zazwyczaj od trzydziestu do sześćdziesięciu minut. Przypadkowi ludzie poświęcają mi swój czas, świetnie się bawią, a co najważniejsze – chętnie wrzucają drobne do kapelusza (śmieje się). To jest dla mnie najczystsza forma sztuki. Jestem tam by dawać od siebie swoje ciepło, swoją charyzmę i pasję, dzielić się z ludźmi sobą i swoją energią. Dużo żartuję z publiczności, i jeśli ktoś czuje się obrażony, może w każdej chwili odejść, choć myślę, że występuję dla inteligentnych osób, które czują ten cały koncept; że to wszystko przybiera przede wszystkim formę kabaretową. Harry Anderson powiedział, iż przez błazna nie można być obrażonym, a przecież ja, mimo, że figuruję w internecie jako Król Wrocławia, staram się rozbawić publiczność do łez, co było kiedyś rolą Błazna. Dzięki ponad tysiącowi pokazów plenerowych, imprezy firmowe i prywatne to dla mnie bardzo proste, miłe i przyjemne zadanie.

No właśnie, a skąd w ogóle pomysł na pseudonim? Ktoś, kto cię nie zna, mógłby pomyśleć, że jesteś uosobieniem stereotypowego narcyza. 

Rzeczywiście, mogłoby się tak wydawać, aczkolwiek myślę, że każdy, kto choć jeden raz miał ze mną styczność wie, że nie biorę na poważnie czegokolwiek, co dotyczy mojej osoby. Bardzo dużo występuję na Rynku, nie tylko wrocławskim, ale w większości. Jeżdżę też po całej Polsce i występuję przed dziesiątkami tysięcy ludzi. Chciałbym, żeby zapamiętali mnie w jakiś szczególny sposób – nie tylko jako magika w czerwonych butach… choć jest to chyba jedyny zabieg markietingowy, jaki mi w życiu wyszedł (śmiech). Moje nazwisko, Kulhawik, jest trudne do zapamiętania, a poza tym – nikt nie wie, jak poprawnie je zapisać. Wielu moich znajomych ma zapisany mój numer pod błędną nazwą, więc szanse na to, iż ktoś, kto usłyszy raz, czy dwa razy moje nazwisko w trakcie pokazu, zapamięta je na dłużej. Od zawsze chciałem mieć chwytliwą ksywę, jak mój kolega Y, która jest oryginalna i łatwa do zapamiętania, aczkolwiek nigdy nic mi nie pasowało. Sytuacja zmieniła się po jednym z pokazów w Rynku, kiedy to pewien bezdomny, którego od dawna już znałem, podszedł i zapytał:  „Królu, jak będzie dzisiaj?”. Wtedy zaświeciła mi się lampka w głowie, to było idealne: Król Wrocławia. Bo przecież prawdziwy król powinien kochać swoją dzielnicę, a ja kocham to miasto i to tutaj najbardziej kocham występować, wrocławianie dają mi najlepszą energię. Do dzisiaj myślę o tym zdarzeniu i nie mogę wyjść z podziwu, że pytanie o pieniądze na wino z najniższej półki mogło dać mi taką inspirację.

Czyli bycie Królem Iluzji Krakowa, Poznania, Warszawy, czy Łomży – odpada?

Zapewne byłoby inaczej, gdybym urodził się w innym miejscu na świecie, ale najwidoczniej los chciał tak, a ja jestem mu za to wdzięczny. Moja rodzina pochodzi z Wrocławia, tutaj się wychowałem, tutaj mam ludzi, którzy zawsze mi pomogą, i którzt są dla mnie ważni. Kocham Wrocław, nie wyobrażam sobie mieszkania gdzie indziej, tutaj czuję się bezpiecznie, czuję się lubiany, ludzie często zaczepiają mnie na ulicy i chcą sobie robić zdjęcia z „królem”. Ja uwielbiam takie momenty i zawsze czynią mój dzień jeszcze lepszym. 

Przypuścmy, że jesteś w trakcie pokazu. Sto tysięcy widzów. Sztuczka nie wychodzi. Co robisz? 

To pytanie nasuwa mi na myśl wypadek mojego serdecznego przyjaciela, Pana Ząbka. Większość osób chyba kojarzy słynny wypadek gdy iluzjonista przebija rękę prezenterce w telewizji śniadaniowej na żywo. Oczywiście incydenty się zdarzają, nie zawsze wszystko nam, magikom, wychodzi. Jednak w wielu przypadków każdy błąd można jakoś ograć, jeśli jest się doświadczonym performerem. Iluzja to nie wszystko, trzeba jeszcze umieć zaprezentować ją w sposób jak najbardziej korzystny zarówno dla widza, jak i dla artysty. Ja staram się swój warsztat cały czas doskonalić, ciągle ćwiczę. 

fot. Archiwum prywatne

Nawet siedząc teraz przede mną nieustannie tasujesz karty. 

Tak, zgadza się. Wiesz, widzowie często rzucają mi wyzwania w trakcie pokazu, chcą sami tasować karty, bo ciekawi ich, czy to wszystko jest w pełni wyreżyserowane, czy ukrywam w rękawie te przysłowiowe asy.  Takie warunki wydają się być dla oglądającego jeszcze bardziej niemożliwe, jednak dla mnie te „zaskakujące” schematy, są utarte. Owszem, dwa razy zdarzyła mi się sytuacja, że sztuczka nie wyszła. Zdziwiłem się równie mocno, co publiczność, spojrzałem przed siebie, pomyślałem moje ulubione: „Maciek, popij wodą”, przeprosiłem zgromadzonych wokół mnie ludzi i przeszedłem do kolejnych sztuczek, które się powiodły. Te wszystkie pomyłki są tylko dowodem na to, jak to wszystko jest trudne i ile wymaga pracy – nawet, jeżeli ktoś ćwiczy przez całe życie, jak ja.  

Wiele osób chciałoby osiągnąć to, co ty. Nie odczuwasz zazdrości ze strony innych?

Ja skupiam się w życiu na osiąganiu sukcesów, nie opowiadaniu o nich. Otaczam się raczej ludźmi, którzy wierzą we mnie, nie unoszą się zazdrością. Czasami pytają, czy można z tego wyżyć. Skromnie kiwam głową, i mówię, że jeśli ktoś jest dobry, to pewnie, że może z tego wyżyć, aczkolwiek w Polsce jest niewielu profesjonalnych iluzjonistów. Profesjonalny, mam na myśli nie ich wartsztat, ale to, że zawodowo zajmują się tylko i wyłącznie na tym zadaniu. Ja swoją działalność prowadzę od kilku lat, a przed jej założeniem występowałem w kilku miejscach. Zawsze ciągnęło mnie w stronę sceny. Chociaż studiowałem budownictwo na Politechnice Wrocławskiej i mam dyplom magistra inżyniera, to nigdy w swoim życiu nie miałem typowej pracy. Poza tym mama zawsze powtarzała mi, że do takowej się nie nadaję, za co jestem jej bardzo wdzięczny (śmieje się).

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: leżysz na łożu śmierci. Masz do wyboru zdradzić sekrety swoich sztuczek i żyć dalej, lub zabrać je wszystkie do grobu. Co robisz?

Zasadniczo sekrety sztuczek nie są takie ciekawe, dlatego je ukrywamy. Publiczność mogłaby wręcz czuć się obrażona, kiedy wyszło by na jaw, że coś tak prostego potrafi urastać w umyśle jako coś wielce nieprawdopodobnego Ale nie ma co unosić się gniewem, to jest przepiękne, że wprawny showman może wykorzystać wiedzę psychologiczną i techniczne zdolności manipulacyjne do tego, by wzbudzić w ludziach niecodzienne odczucia. Magią nie są sztuczki. Magia dzieje się w umyśle widza. Na łożu śmierci mógłbym zdradzić największy sekret iluzjonisty. Mogę to zrobić nawet teraz: cała istota tkwi w tym, że ćwiczy się całymi dniami, czasami zarywa noce, by później zobaczyć przed sobą ludzi, którzy na moment zapominają o swoich problemach i zastanawiają się, jak robi to ten chłop przed nimi. Tak samo jak szczęściem zazwyczaj nie jest osiągnięcie wymarzonego celu, ale dążenie do niego, tak samo ludzie potrafią się cieszyć z tego, co widzą, choć w większości mają pewność, że nigdy nie zostanie im wyjaśniony mechanizm, za pomocą którego to wszystko jest możliwe. 

Maćku, wątpię, by moje odczucie, iż jesteś czarujący, mogłoby być iluzją. 

Przez grzeczność nie zaprzeczę (iluzjonista śmieje się).

Masz jakieś rady dla początkujących kolegów z branży?

Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Inwestować w siebie i swoją edukację. To moim zdaniem największe dobro, jakie możemy zrobić dla siebie samych. 

A jak można zamówić Twój pokaz?

Szczerze powiedziawszy to nie wiem, nigdy tego nie robiłem (śmieje się). A tak na poważnie – można wejść na moją stronę www.maciejkulhawik.pl i tam zapoznać się z ofertą, wysłać formularz z interesującą nas datą, wpisać rodzaj oraz wielkość imprezy, ilu będzie gości, a następnie czekać na odpowiedź. Mój wspaniały, niezastąpiony i niezwykle elokwentny manager Antoni odpowie na wszystkie pytania i z umiejętnościami, których nie powstydziłby nikt, przekona, dlaczego na danym przyjęciu potrzeba właśnie Macieja Kulhawika a a nie zwyczajnego iluzjonisty.  Bardzo się cieszę, że los nas połączył. Ja jestem od części artystycznej, Antoni od części biznesowej i może brzmi to trochę romantycznie, ale razem tworzymy idealnie zgrany team. Razem z nami współpracuje również Kasia, która jest niezwykle utalentowaną fotografką oraz z całego świata to właśnie ona najlepiej załatwia bilety, rezerwuje hotelowe pokoje, wynajmuje samochody, no i oczywiście – prasuje koszule!

Dziękuję za tę rozmowę.
To ja dziękuję. 

Rozmawiała Iga Płóciennik – miłośniczka Wrocławia.

Jeśli chcesz przekonać się jak czaruje prawdziwy iluzjonista, możesz zorganizować pokaz iluzji w swojej firmie, na imprezie czy weselu. Wystarczy skontaktować się z managerem Macieja pod linkiem: http://maciejkulhawik.pl/kontakt/

 

Wasze komentarze

Komentarze